Każdy z nas ma swoje ulubione miejsca do wędkowania. Nad jedne wracamy ze względu na dobrze biorące ryby, nad inne, w sumie sam nie wiem dlaczego, ale wracamy, nawet jeśli wędkowanie nie przynosi rezultatów. Być może to walory estetyczne, dzika przyroda, piękne krajobrazy, może jakiś rodzaj przywiązania, bądź wspomnienia z dzieciństwa. Ja zawsze chętnie wracam nad Wartę, zawsze z wędką, a czasem też i z całą rodziną.
Rzeka tętni życiem na każdym kroku. To świetne miejsce do obcowania z naturą.
Z łowieniem bywało tutaj różnie – były lata „urodzaju” lecz więcej było oczywiście tych chudych, w których z całodziennego wypadu wracało się o kiju. Ze smutkiem patrzyłem, jak rzeka powoli umiera, coraz to bardziej zanieczyszczona, na każdym kroku „gospodarowana” przez miasto. Jednak kilka lat temu sytuacja się poprawiła – Warta zaczęła być regularnie zarybiana, a woda w niej z roku na rok jest coraz czystsza. No i są jeszcze takie odcinki, rzut beretem od Poznania, do których nie dotarła jeszcze wąsko rozumiana cywilizacja. O jednym z nich pragnę Wam dziś opowiedzieć.
Wartę na wysokości Lubonia cechuje bardzo dobry dostęp do linii brzegowej
Fragment ciągnący się od Mosiny do Lubonia to miejscami naprawdę trudne ale i dość rybne łowisko. Ten kilkunastokilometrowy odcinek rzeki, która płynie na przemian przez lasy i pola, jest lepiej dostępny od lewego brzegu. W moim opisie pragnę skupić się właśnie tylko i wyłącznie na nim, ponieważ prawy jest mniej zagospodarowany przez wędkarzy i ciężko tu o dojazd nad samą wodę. Tuż przed Luboniem skraj rzeki gęsto porastają drzewa, często pamiętające jeszcze początek ubiegłego wieku. Większość z nich się słania, wisząc ledwie na ostatnich korzeniach nad taflą wody, część – już się poddała. Te, które jeszcze stoją, trzeszczą złowrogo nawet przy lekkim podmuchu wiatru. Pokrzepiające stwierdzenie, że w przyrodzie nic nie ginie, jakby nie znajduje tutaj zastosowania. Szkielety dawnych konarów drzew tworzą tu jednak miejsce magiczne, miejsce schronienia dla wielu gatunków ryb i – co najważniejsze – dobre miejsce dla wędkarzy, marzących o spotkaniu z dużą rybą.
Jeśli zamierzamy łapać metodą spinningową, bardzo istotne okaże się (zwłaszcza dla nas) urzędowe ograniczenie: Na lewym brzegu rzeki od Lubonia do Poznania obowiązuje zakaz połowu ryb, a nawet zakaz poruszania się po tym obszarze (ponieważ znajduje się tam punkt czerpania wody) Niestety, jeszcze niedawno próżno było szukać tej informacji w wykazie wód PZW, dopiero po dokładniejszym przewertowaniu kilku co ciekawszych uchwał można było na nią natrafić. Teraz (chyba) ta informacja jest łatwiej dostępna. Stąd też radzę, aby jeszcze przed wyprawą wybrać interesujący odcinek i dokładnie zaplanować, w którym kierunku będziemy się poruszać – zmiana brzegu w trakcie łowienia jest niemożliwa bez kilkunastokilometrowej jazdy samochodem (Most w Mosinie lub ul. Hetmańska w Poznaniu). Wracając jednak do przyjemności wędkowania… Będziecie tu często zgrzytać zębami. Łowisko jest miejscami naprawdę trudne, więc cała wyprawa może okazać się kosztowna. Toteż nie radzę w ciemno zakładać swoich sprawdzonych „killerów”, a raczej tanie gumy bądź błystki. Jeśli trafimy na rybę, weźmie na wszystko. Słowo. A co do ryb – występuje szczupak, sandacz, okoń i sum. O ile o okazach tego ostatniego można raczej pomarzyć, o tyle trafić szczupaka jak z opowieści dziadka już łatwiej. Sandacz też potrafi urosnąć tu do ładnych rozmiarów. Powiecie pewnie „jasne, jak wszędzie”, ale uwierzcie mi – na tym trudnym odcinku pełnym zwalonych drzew są ryby, które w swym długim życiu nie widziały jeszcze wędkarza.
Najlepiej sprawdzają się niedrogie, kultowe GNOMY o gramaturze 14-20 gramów.
Z dostępem do brzegu bywa tutaj różnie. O ile na wysokości Mosiny, Puszczykowa i Lubonia, od strony miejscowości brzeg jest zaadaptowany przez wędkarzy, o tyle poza ich granicami trzeba liczyć się z przeprawą przez gęste krzaki i wysoką trawę, a co za tym idzie, trzeba bardzo uważać na sprzęt. Niemniej co kilkaset metrów, lub nawet częściej, istnieje możliwość dojazdu samochodem prawie nad samą wodę. Jeśli zdecydujemy się na wyprawę na ten dziki odcinek, kilka wspomnianych wyżej niedogodności zostanie prawdopodobnie wynagrodzonych rybą. Często – nie byle jaką. Średnia głębokość to około dwa metry, ale czasem brzeg potrafi schodzić bardzo gwałtownie w dół, a wymyte zatoczki potrafią mieć nawet po 4-5 metrów głębokości. Należy więc zachować szczególną ostrożność przy schodzeniu nad wodę – można wpaść po uszy, a prąd potraf tu nieźle zakręcić… Co do sprzętu, jak wszędzie, mamy dwa wyjścia: Pierwsze to mocniejszy kij o ciężarze wyrzutowym 30-40g lub więcej, oraz gruba żyłka lub plecionka z wytrzymałością ok 20kg, niezależnie od wielkości przynęt na które chcemy łowić. Przy zaczepieniu o konar drzewa (którego na pewno nie wyciągniemy z wody) okaże się skuteczna zapewne w 50% przypadków i skończy się wygięciem haka bądź kotwicy. Jeśli jednak nie przyniesie skutku, musimy liczyć się z cięciem linki i stratą X jej metrów.Drugim wyjściem, które od lat preferuję, jest cienka plecionka o wytrzymałości 8-10kg, i kij z ciężarem wyrzutowym 10-30g. Zestaw ten radzi sobie wystarczająco dobrze przy tutejszym uciągu wody, a przy zaczepie sprawdza się, tak jak pierwszy, w około połowie przypadków, pod jednym tylko warunkiem – musimy mieć naprawdę dużo cierpliwości i poświęcić trochę czasu na dokładne obejście zaczepu. Gdyby się nie udało, tracimy przynętę, ale linki z kołowrotka nie ubywa. Polecam więc zaparzyć w termos trochę melisy na uspokojenie i wybrać opcję drugą.
Rzeka jest od kilku lat regularnie zarybiana, więc „krótkie” są tu na porządku dziennym.
Jeśli nastawiamy się na drapieżnika, ale wolimy posiedzieć na… krześle, dobrze sprawdza się tu metoda na martwą rybkę. Ciężarek przy zestawie powinien mieć ok. 50-70g, i ze względu na uciąg wody powinien być płaski. O przynętę nie trzeba się martwić – uklei i płoci jest tu mnóstwo, zwłaszcza latem. Rybkę najlepiej posłać w okolice zwalonych drzew. Często właśnie w ich gałęziach czyhają tutejsze szczupaki, które raz na jakiś czas, prędzej czy później z pewnością dadzą o sobie znać.
Miłośnicy łowienia białej ryby nie powinni mieć powodów do narzekania. Stanowisk jest dużo, zwłaszcza na wysokości Mosiny, i Lubonia. Tu brzeg jest ładnie zagospodarowany i co kilkanaście metrów można znaleźć zejście do wody. Z kolei na wspomnianym wyżej „dzikim” odcinku przed Luboniem miejsc jest dużo mniej, ale i konkurencja, czy też tzw. wędkarska presja, maleje. Rośnie natomiast szansa na złapanie większej ryby. A skoro o rybach mowa: Występuje głównie płoć, leszcz, krąp i kleń, a nie rzadko można też trafić wymiarową brzanę. Najlepiej sprawdza się tyczka (7-8m) i skrócony zestaw. Żyłka główna 0,16-0,18mm, na przyponie 0,12mm i dysk o wyporności 14-18g. Jeśli mamy wystarczająco miejsca w bagażniku, warto zabrać również bolonkę i spróbować szczęścia pod gałęziami przybrzeżnych drzew – w ciepłe dni w ich cieniu lubią ustawiać się tłuściutkie klenie. Metoda gruntowa na całej długości odcinka sprawdza się słabo, zwłaszcza gdy chcemy łapać na pograniczu głównego nurtu. Jest to spowodowane tym, że wiosną i latem Warta niesie ze sobą liczne gałęzie i trawy, które notorycznie fałszują brania, czym potrafią doprowadzić człowieka do białej gorączki. Można spróbować umieścić zestaw na spokojniejszej wodzie, ale rzadko daje to satysfakcjonujące rezultaty. Jesienią i zimą woda jest czystsza, i niesione przez nią śmieci przestają być problemem. Staje się nim natomiast słaby żer tutejszych ryb, które zachęcić można jedynie porządnym zanęceniem łowiska, a przy feederze jak wiadomo jest to uciążliwa, mało dokładna i żmudna praca, która w tym miejscu nie zawsze przynosi efekty. Stąd w chłodniejsze pory roku również lepiej zabrać ze sobą tyczkę i łowić kilka metrów od brzegu, precyzyjnie karmiąc nasze potencjalne zdobycze. Jeśli chodzi o przynęty, kukurydza i biały robak to pewniaki u tutejszych wędkarzy i nie słyszałem jeszcze, żeby któryś na nie narzekał (oczywiście poza dniami, gdy ryby po prostu nie brały i kropka.) Osobiście polecam natomiast stosować latem groch i cieciorkę, jeśli na celownik bierzemy klenia lub brzanę. Przypadkiem przekonałem się, że rezultaty są zaskakująco dobre, jeśli groch nie jest pierwszej świeżości, i po ugotowaniu damy mu dzień na słonku. Z nieznanej mi przyczyny smakuje on tutejszym rybom lepiej, z czym nie spotkałem się jak dotąd na innych łowiskach.
Opisany odcinek Warty
Słowem zakończenia:
Jeszcze kilka lat temu, gdy szukaliśmy nowego łowiska, czytając jego opisy czy recenzje w czasopismach bądź internecie, mogliśmy co najwyżej wyobrazić sobie jak owe miejsce wygląda, sugerując się kilkoma co ładniejszymi zdjęciami. Gdy dojechaliśmy jednak nad wodę stawaliśmy jak święta krowa, zastanawiając się, gdzie znajdziemy dobre stanowisko. Teraz, bez problemu, możemy obejrzeć z bliska nowe łowisko na zdjęciach satelitarnych w internecie, do czego też bardzo gorąco Was zachęcam. Oszczędzicie dzięki temu czas, nerwy i będziecie lepiej przygotowani gdy dotrzecie nad wodę. Pozostanie tylko czysta przyjemność z wędkowania.
Pozdrawiam!
Komentarze