Złota jesień – płoć i wzdręga

Jesień to dla większości wędkarzy, w tym także i mnie, czas polowań na największe drapieżniki. Tłuste, poopychane po cieplejszych miesiącach do granic możliwości sandacze, szczupaki i okonie czekają na nasze błystki, gumy i woblery. Warto jednak w tej pogoni za mięsożercami znaleźć chwilę na zameldowanie się nad wodą ze spławikiem.

W łowieniu płoci uwielbiam przede wszystkim minimalizm. Wymagania sprzętowe (ekwipunkowe) są praktycznie żadne. Wystarczy nam kilkumetrowy bat, zapas żyłki, haczyków i ołowiu, przynęta, zanęta i siatka. Wszystko to jesteśmy w stanie spakować na rower czy do poręcznej torby by z łatwością dostać się nad wodę. Celowo nie wymieniłem podbieraka. Jest mało poręczny, i często rezygnuję z niego na rzecz trochę grubszej żyłki zarówno głównej, jak i przyponowej. W jesiennej aurze płocie i wzdręgi nie są szczególnie ostrożne, i kilka dziesiątych milimetra więcej (np. żyłka 0,18 + przypon 0,16) nie zrobi im różnicy. Zrobi natomiast różnicę nam, gdy bez użycia podbieraka chcemy dźwignąć ładniejszą sztukę. Oczywiście, jeśli komuś transport podbieraka nie sprawia problemu, jest on jak najbardziej wskazany. Dla tych jednak, którzy nosić zbyt wiele nie lubią, powyższe rozwiązanie jest bardzo praktyczne. Przy spotkaniu z większą rybą mamy też szansę poćwiczenia sztuki podbierania ręcznego 🙂 Oczywiście nie zmuszam Was do totalnej rezygnacji z podbieraka. Chcę jedynie powiedzieć, że przy łowieniu płoci nie jest on niezbędny, a dla osób z problemem transportowym staje się on nadprogramowym ekwipunkiem.

Najważniejszą kwestią wydaje się być zanęta i użyte aromaty. Jakiś czas temu pisałem o ziołach, które są świetnym dodatkiem, jednak jesienią najlepsze efekty osiągam, stosując gotowe atraktory o lekko kwaskowatym zapachu. Jednym z nich jest zapach jabłkowy, który świetnie roznosi się w klarownej, jesiennej wodzie. Dawno temu korzystałem z pokruszonych, suszonych jabłek i dodawałem do nich garść kopru włoskiego,  ale później w ofercie firmy MVDE znalazłem atraktor Apple’n Herbes, czyli połączenie zarówno zapachu jabłek, jak i ziołowej nuty. We wrześniu warto dodać też odrobinę atraktora o zapachu karmelu, który z pewnością nie zniechęci płoci, a może zwabić w nasze łowisko przyzwoitego lina.

Co do bazy zanętowej, często korzystam z innego produktu MVDE – zanęty Big Roach, bądź też z zanęty Robinson Roach. W obu przypadkach efekty są podobnie zadawalające co pokazuje, że główną rolę odgrywa użyty atraktor, a nie sama zanęta. Muszę jednak przyznać, ze obie wymienione powyżej mieszanki świetnie pracują po wrzuceniu do wody i dlatego najczęściej je właśnie stosuję. Całość zawsze warto wzbogacić czymś konkretnym, np. niedrogim pęczakiem czy kukurydzą, a równocześnie zubożyć poprzez dodanie ziemi (lub w przypadku rzeki – gliny). Używanie gleby nie tylko ładnie dociąża zanętę i nadaje objętości, ale również sprawia, że lepiej pracuje w wodzie i tworzy większy, podwodny „obłok”, wprawiając płocie i wzdręgi w euforię.

Pamiętajcie, że ryby na których się dziś skupiamy są dość łakome, i na kilka godzin łowienia warto przygotować co najmniej 3 kilogramy zanęty.

Wędzisko to kwestia gustu, choć zdecydowanie polecam tyczkę. Jej długość to znów sprawa indywidualna. Ja korzystam z 6 metrowej, dość starej już wędki nieznanego mi nawet producenta, zarówno łowiąc na jeziorze jak i na niewielkiej rzece. Jeśli nie jesteście jakimiś zawodowcami, ze spokojem obędzie się bez kupowania dopalacza, czy korzystania z 13-metrowej, leciutkiej tyczki. Łówcie tym, co macie, i nie przesadzajcie z wydawaniem pieniędzy. Jedynym niezbędnym według mnie wydatkiem (choć niewielkim) jest amortyzator, który daje ogromne możliwości i zdecydowanie ułatwia hol dużej płoci lub jeszcze większego przyłowu w postaci lina, leszcza czy chociażby klenia. Ta przyjemność kosztuje około 10-15zł, więc nie wypłucze raczej waszego portfela, a sprawi że pewniej poczujecie się w trakcie łowienia.

Na haczyk lepiej zakładać to, co dodajemy do zanęty, ale jeśli marzycie o większej płoci, z doświadczenia odradzam białe robaki, na które rzucają się nawet najmniejsze sztuki. Postawcie raczej na dorodne ziarno kukurydzy, a białe dokładajcie wedle uznania do przysłowiowej kanapki. Za dużym ziarnem niekoniecznie musi podążać duży haczyk. Dobrej jakości rozmiar 10 powinien ze spokojem wystarczyć.

Pozdrawiam

Pozostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*