W cieplejszych miesiącach, od maja-czerwca aż do października, zmorą każdego spinningisty staje się wszechobecna roślinność wodna. Rozrastająca się zielenina spycha drobnicę pod powierzchnię. Za nią, instynktownie, podążają również czujące przedsmak jesieni drapieżniki. Pytanie brzmi: jak przechytrzyć ryby w takiej podwodnej dżungli? Główny problem polega na tym, że nawet jeśli zaobserwujemy żerujące ryby, możemy mieć duży problem z dostaniem się do nich. Z jednej strony dobrą przynętą na takie warunki wydaje się być lekka obrotówka. Niestety, rzuty nią wykonywane będą krótkie, a często nawet – zbyt krótkie. Z drugiej strony zastosowanie cięższej przynęty (błystki, gumy, woblera) okazuje się zwyczajnie nieskuteczne i po pierwszym pociągnięciu korbką prawdopodobnie będziemy już holować kilogram zielska. No i co tu zrobić? Wydawałoby się, że najlepiej usiąść w ogródku lub na balkonie i delektować się ostatnimi promieniami słońca. Lepsze to niż zgrzytanie zębami po każdym nieudanym rzucie. Ale nic bardziej mylnego – odpowiedzią na zadane powyżej pytanie, okazuje się wobler powierzchniowy, tzw. chlapacz (popper) – czyli taka dość stara już nowinka, która przywędrowała do nas zza mórz i oceanów. Chlapacz jest rodzajem woblera bezsterowego, który podczas delikatniejszego lub mocniejszego szarpania szczytówką ślizga się po powierzchni, wydając przy tym bardzo charakterystyczny plusk. Jego praca świetnie imituje uciekającą przed drapieżnikiem, ogłupiałą rybkę. Ta praca jest właśnie jednym z największych plusów chlapacza – prowokuje rybę do ataku, udając łatwy kąsek. W wodzie nie istnieją żadne reguły. Drapieżnik widzący uciekającą rybkę ani przez moment nie zastanowi się, co ją goni, ale zwyczajnie ruszy do ataku, zabierając ją potencjalnemu łowcy sprzed samego pyska.
Drugą ogromną zaletą stosowania woblerów powierzchniowych jest ich uniwersalność. Sprawdzają się zarówno latem, jak i zimą. W cieplejszych miesiącach możemy z powodzeniem obławiać nimi najbardziej pozarastane obszary jezior jak i rzek, bez jakichkolwiek obaw o zahaczenie roślinności. Gdy woda się ochładza, stają się natomiast dobrą przynętą na płytkie zatoczki, podmyte skarpy czy pasma trzcin.
Trzecim i chyba najważniejszym z ekonomicznego punktu widzenia plusem, jest to, że zerwanie chlapacza w zaczepie jest niemalże niewykonalne. Mam na myśli wszelkie podwodne przeszkody których nie możemy dostrzec, a ponad którymi wobler ten prześlizguje się bez najmniejszego problemu. Oczywiście, nie ma rzeczy niemożliwych. Z odrobiną zbyt dużej pewności siebie, na pewno damy radę stracić go chociażby na powalonym konarze – przy nieudanym rzucie, czy grążelach – jeśli użyjemy zbyt słabej linki. Niemniej wobler sam z siebie nie popełnia w wodzie ani jednego błędu. Na jego korzyść działa również waga. Nawet niewielkie, kilkucentymetrowe chlapacze potrafią ważyć od 10-20g, więc z powodzeniem, przy zastosowaniu odpowiedniego kija poślemy je na 40 metrów, dobierając się do szczupaków grasujących z dala od brzegu.
Cena tego typu woblerów, w zależności od producenta, waha się w granicach 15-30zł. Ale przy wyborze nie sugerujcie się nią – postawcie raczej na opinie użytkowników które znajdziecie w internecie. Od siebie mogę polecić Wam sfotografowanego powyżej woblera Pop-Star, który zajmuje niższą półkę cenową. Fajne są też woblery Salmo, ale w przypadku ich zakupu musimy mieć troszkę grubszy portfel 🙂 No i ostatnia kwestia – jak wyglądają moje wyniki po roku używania chlapaczy? Cóż…nie narzekam. Jak na polskie warunki jeden wymiarowy szczupak średnio na 3 krótkie wypady to niezły wynik. Bez woblera pracującego na powierzchni wynik wynosiłby zapewne zero.
Podsumowując sądzę, że chlapacze to przynęty bardzo skuteczne. Można złowić na nie praktycznie każdy gatunek ryby drapieżnej, zarówno w jeziorze jak i w rzece. Kilkakrotnie w mojej wędkarskiej „karierze” spotykałem się ze stwierdzeniem, jakoby te wszystkie przynęty – super sprawdzające się w Szwecji czy Norwegii, u nas były beznadziejne. W takich sytuacjach odpowiadam, że beznadziejne są nasze jeziora i rzeki, a nie garstka ryb w nich pływających. Jeśli na daną przynętę można połowić u naszych północnych sąsiadów, nie widzę powodu, dla którego nie byłoby warto połowić nią u nas. Owszem, o „metrówkach” możecie prawdopodobnie zapomnieć. Nie złowicie też 20 sztuk w ciągu jednego dnia jak ma to miejsce u północnych sąsiadów. Przy korzystaniu z woblerów powierzchniowych w ciepłych miesiącach trzeba wręcz modlić się o złowienie choć jednej ryby (ale i tak lepsze to, niż łowienie glonów). Niemniej, niezależnie od tego, czy będzie to ryba wymiarowa, czy taka, co dopiero dostała oczy, jej spektakularne branie z powierzchni wynagrodzi Wam każdą chwilę spędzoną nad wodą. Pozdrawiam